Lajkonik w Nowym Jorku miał promować Kraków. Władze miasta tłumaczą, że to „inwestycja w wizerunek”, radni mówią o niepotrzebnym wydatku, a mieszkańcy – o oderwaniu urzędników od rzeczywistości. Za ocean poleciała delegacja złożona z kilku osób, w tym urzędników i artystów, z zadaniem pokazania „krakowskiej tradycji w sercu świata”. Na zdjęciach faktycznie wyglądało to efektownie. Na papierze – już mniej.
Według przedstawionych informacji w delegacji uczestniczyło pięć osób: przedstawiciel Wydziału Promocji i Turystyki, Lajkonik z orszakiem i obsługa techniczna. Celem było wzięcie udziału w nowojorskiej Paradzie Pułaskiego, dorocznym wydarzeniu organizowanym przez Polonię amerykańską. Kraków miał być jednym z miast reprezentujących Polskę, a obecność Lajkonika – najbardziej rozpoznawalnego symbolu miasta – miała przyciągnąć uwagę mediów i uczestników.
Problem pojawił się, gdy radni zapytali o koszty. Z przedstawionych danych wynika, że cała wyprawa mogła kosztować od 80 do 120 tysięcy złotych, choć dokładna kwota nie została ujawniona. Obejmuje ona przeloty, zakwaterowanie, transport, przygotowanie kostiumów i materiały promocyjne. – „To nie są prywatne środki, tylko pieniądze mieszkańców. Miasto tnie wydatki na remonty i edukację, a jednocześnie stać je na wysyłanie Lajkonika do Nowego Jorku. Czy naprawdę tego potrzebujemy?” – pytał radny Michał Drewnicki.
Wątpliwości nie dotyczyły samej idei promocji, lecz jej sensu i proporcji. Kraków od miesięcy zmaga się z problemami finansowymi: rosnącym zadłużeniem, ograniczaniem inwestycji i koniecznością przesuwania wydatków bieżących. W tym kontekście każdy wydatek o charakterze wizerunkowym budzi emocje. – „Nie chodzi o to, żeby zamknąć się w mieście, ale o rozsądek. Promocja ma sens wtedy, gdy przynosi wymierny efekt. Tymczasem nie wiemy, co ten wyjazd dał poza kilkoma zdjęciami w mediach społecznościowych” – mówił Łukasz Gibała.
Według urzędników, podróż była odpowiedzią na zaproszenie od Polonii amerykańskiej i miała charakter reprezentacyjny. – „Lajkonik jest jednym z najstarszych symboli Krakowa. Jego obecność w Nowym Jorku była formą promocji dziedzictwa kulturowego i okazją do zacieśnienia więzi z Polonią” – tłumaczyli przedstawiciele magistratu. Zapewniali też, że delegacja była nieliczna, a wydatki ograniczono do niezbędnego minimum.
Jednak nawet takie argumenty nie przekonały części radnych. Włodzimierz Pietrus podkreślał, że miasto nie przedstawiło żadnego raportu z wyjazdu. – „Nie kwestionuję znaczenia Lajkonika, ale chciałbym zobaczyć sprawozdanie. Ile to kosztowało, jakie były efekty, czy przygotowano jakąś analizę? Transparentność finansów publicznych to podstawa. Bez niej każda taka podróż wygląda jak wycieczka za publiczne pieniądze” – mówił.
Wielu mieszkańców miało podobne odczucia. W mediach społecznościowych pojawiły się komentarze, że w czasie, gdy Kraków oszczędza na utrzymaniu zieleni, na remontach dróg i w szkołach, wydawanie kilkudziesięciu tysięcy złotych na „promocję folkloru” wygląda niepoważnie. Część radnych zapowiedziała złożenie wniosku do Komisji Rewizyjnej, by sprawdziła zasadność wydatków.
Łukasz Maślona zwracał uwagę, że problem nie dotyczy jednego wyjazdu, ale całego podejścia do promocji miasta. – „Wydajemy setki tysięcy złotych na różne kampanie i eventy, ale nikt nie analizuje ich skuteczności. Nie mamy żadnych narzędzi, żeby ocenić, czy te pieniądze rzeczywiście coś dają. Promocja stała się celem samym w sobie” – mówił.
Podczas sesji pojawiły się też porównania z innymi wydatkami. Radni wskazywali, że w tym samym czasie wstrzymano kilka lokalnych remontów i ograniczono budżety dzielnicowe. – „Nie ma pieniędzy na naprawę chodników, ale są na bilety do Nowego Jorku. To kwestia priorytetów, nie promocji” – komentował jeden z radnych opozycji.
Władze miasta broniły się, podkreślając, że promocja jest nieodłącznym elementem strategii rozwoju turystyki. Kraków, jako jedno z najczęściej odwiedzanych miast w Polsce, konkuruje o uwagę turystów z Warszawą, Wrocławiem czy Gdańskiem. – „Nie można całkowicie zrezygnować z działań wizerunkowych. Dzięki nim przyciągamy turystów, inwestorów i wydarzenia. To nie koszt, tylko inwestycja” – argumentowano.
Rzecz w tym, że w tej sprawie zabrakło jednego – konkretów. Nie przedstawiono raportu, zestawienia kosztów ani analizy korzyści. Nie wiadomo też, czy miasto planuje podobne wyjazdy w przyszłości. Dla mieszkańców, którzy widzą kolejne podwyżki opłat i zamykane place budowy, to kolejny sygnał, że priorytety magistratu rozmijają się z codziennymi problemami miasta.
Kraków coraz częściej mówi o oszczędnościach, ale coraz rzadziej je widać. W tym kontekście Lajkonik w Nowym Jorku stał się czymś więcej niż folklorystycznym symbolem – znakiem rosnącej przepaści między miastem a mieszkańcami, którzy mają coraz mniej cierpliwości do takich gestów. „Kiedy władze tłumaczą, że to promocja Krakowa, ludzie pytają: czyja promocja – miasta czy urzędników?” – podsumował jeden z radnych.
Bo jeśli Kraków naprawdę musi liczyć każdą złotówkę, to trudno uznać, że najlepszym sposobem na to jest wysyłanie Lajkonika w świat. Nawet jeśli wyglądało to ładnie na zdjęciach.
